Nie wiem, co mam robić...
Ta cholerna bezradność...
Siąść i się śmiać: pewnie, co jeszcze może na nas zlecieć? Czy to naprawdę takie śmieszne, że ledwo wiążemy koniec z końcem?
Ta, wiążeMY. Chyba wiążą. Ja jak zwykle nie mam nic do gadania, ale jakbym miała być osobą od wydatków, nie byłoby tak samo. Olunia ma buty za dwie stówki, mama sobie kupiła za ponad stówkę, jeszcze od sąsiadki odkupiła jakąś spódnicę "po przecenie" za 150 zł, bo jak usłyszała cenę to nie wypadało odmówić... I nie oszczędza zakupów, rzuca pieniędzmi na prawo i na lewo. Codziennie przez ostatni tydzień przychodziła do domu z kartonami pełnymi różnych rzeczy... No dobra, święta. Ale trzeba było tak wydziwiać?
Nie zdziwię się, jak pewnego dnia nie będę mogła pooglądać telewizji, włączyć komputera, wykąpać się w ciepłej wodzie... Oni chyba sobie nie zdają sprawy, że do tego jest nam blisko. A tata ulega mamie. Ile razy chciała mi kupić buty - nie, nie chciałam. Mam jedną kurtkę zimową, jedne buty zimowe i to mi wystarczy. A nie, 10 na różne okazje. Tutaj Olunia sobie szpilki musiała kupić, tutaj kozaczki, płaszczyk, kurteczkę, czółenka, conversy, ohohoho. Dobra, nie wtrącam się. Ciekawe, jak z tego wybrną. Nie mówiąc już o samochodzie, który pomijam, ale to jest też już ostatek możliwości, niedługo padnie i tyle będzie z jeżdżenia.
Nie wymagam, żebym miała meble już, żebym miała już telefon, ściany, wszystko. Chyba jestem najbardziej oszczędną osobą w tym domu.
Nie będę komentować tego, co się stało wczoraj. To jest za ciężkie... Nie dociera to do mnie. Nie chcę zdawać sobie sprawy z tego, że to się działo. I nie chcę w związku z tym bać się spać po nocach, bo zawsze to może wrócić. A poza tym, widok taty. To jest szkielet, nie człowiek. Cały czas na coś chory, cały czas musi dźwigać wszystkie problemy rodzinne i finansowe, dorabiając jak może. Mama mu w tym nie pomaga. Nie mówiąc o tym, że otarliśmy się o śmierć.
On robi co może, widzę to i to doceniam. Jest rozsądny, w przeciwieństwie do mamy. Wie, jaka jest sytuacja i sam niechętnie zgadza się na zakupy. A jednak ulega, ciekawe.
Nie chcę o tym myśleć. Chcę żyć w spokoju. Ale już trudno.
Boję się, że odbiorą nam wszystko: prąd, wodę, ciepło, a w końcu cały dom. I gdzie wtedy? Na ulicę?
Mama mówi, że w nocy płakałam za ptaszkami. Ja nie jestem małym dzieckiem. Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że to było dużo pieniędzy i będzie dużo pieniędzy, ale dla mnie najważniejszy jest tata. Jak on się po tym pozbiera, w jakim stanie jest teraz. Co to dla niego znaczyło. Mało kto wie. To było całe jego życie. 30 lat życia. Pasja, największe hobby, pieniądze, czas... jak takie małe dzieci... Łatwo jest to wszystko stracić? Myślę, że nie. A on się martwi też o nas. Nie pokazuje uczuć na zewnątrz, nigdy. Ale ja wiem, że on robiłby wszystko, żebyśmy żyli w spokoju...
Tylko dwa razy w życiu słyszałam jego płacz. Wtedy, kiedy mało nie wykitował w łóżku, kiedy był chory i teraz, po stracie większości swojego życia.
Martwię się o niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz