Klątwa.
Najpierw złamana ręka. Wyjście na łyżwy to nic złego, nikt się nie spodziewał. Umiem jeździć, ale po długiej przerwie musiałam sobie powtórzyć. I tak nie poszłabym tam z rodzicami jak małe dziecko. Najpierw trzymałam się barierki, ale czasami ludzie przy niej stali. Musiałam się odsunąć, a że lód był krzywy - spadłam. To był ten jeden raz, norma, ale niestety bardzo owocny. Tylko 3 tygodnie, ale czy tylko? Biorąc pod uwagę fakt, że mam właśnie ferie, a gips mam ściągany tydzień po feriach, są to AŻ 3 tygodnie. Do tego ciężka choroba taty. Wyszedł już ze szpitala, ale to nie zmienia faktu, że czasem problemy są. No i w końcu ja zachorowałam - dwa dni przed feriami. Fajnie? Nie sądzę.
Do tych 'problemików', czyli rzeczy, które nie są takie ważne, zaliczam zepsutą spację i wirusa w komputerze. Fakt, grat ma 4 lata, ale to laptop. W sumie tym gorzej, bo klawiaturę trudniej wymienić. Wirusa wykrył wczoraj gość od naprawy komputerów, naprawił tą spację po 2 tyg. męki.
Do tego problemy psychiczne. Jest ich więcej, nierozwiązane od lat. Głównym problemem jest to, że nie mam osoby, której mogłabym wygadać się z tych innych. Mama mnie nie rozumie. Nie rozumie, że płacz jest czasem potrzebny i to nie jest ryczenie. Same słowa 'nie becz' już odrzucają, już wiem, że ona mi nie pomoże. A jeśli chodzi o koleżanki, to nie ma już takiej, która by mi naprawdę pomogła. Miałam kiedyś taką najlepszą... Ale ona mnie nie potrzebuje. W przedszkolu zawsze byłyśmy razem, przez pierwsze lata podstawówki też. Ale to taka 'dziecięca' przyjaźń, taka, która kończy się po poznaniu lepszych. Wiele nas różni i zawsze nas wiele różniło - ja jestem mózgowcem, ona sportowcem. Ona uwielbia siatkę, ja polski. Nawet w takich prostych rzeczach jesteśmy inne, chociażby ona woli psy, a ja koty, ona niebieski, a ja zielony. Nie mamy wspólnej rzeczy. Może to, że obydwie nie przepadamy za nauczycielką fortepianu, ale co do muzyki też jest to inna sprawa; ja lubię słuchać współczesnych piosenek, ściągam na komórkę, a ona nie słucha niczego, tylko gra. W sumie to żadne zainteresowanie, bo nawet do grania nie bardzo ją ciągnie. W czwartej klasie zaczęła przyjaźnić się z dziewczyną, która też chodziła do szkoły muzycznej, ale specjalnie żeby jej się spodobać, chodziła na siatkę, koszykówkę, chór, nawet na stołówkę; wszystko, żeby z nią spędzać więcej czasu. Są jakby dla siebie stworzone. Trudno. Nie czepiam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz